O nas
Historia MORO
Warszawa, 1996.
Czasy, w których porządna odzież była dostępna głównie pod zagranicznymi metkami i dla nielicznych. MORO powstało jako odpowiedź na ten brak – z potrzeby tworzenia rzeczy trwałych, mocnych i uczciwie zrobionych.

Od początku cel był prosty: ubrania, które wytrzymują czas. Bez sezonowych trendów, bez udawania, bez kompromisów jakościowych. Materiały, konstrukcja i detale zawsze były ważniejsze niż logo.

Naszą historię najlepiej opowiedział jeden z ojców założycieli marki — Jakub Sawicki „Ceube” — w rozmowie z Jackiem Balińskim w książce „To nie jest Hip Hop. Rozmowy. Tom VI”.
„I my dajmy zatem spokój z rapem; przejdźmy do ciuchów. W 1996 roku powstało Moro – oddaję ci głos, abyś przybliżył genezę marki, w której ubraniach chodziły niegdyś dziesiątki tysięcy młodych ludzi.”
„Zaczęło się od tego, że wspomniany wcześniej Mateusz — którego poznałem za czasów licealnych, ale później okazało się, że chodziliśmy też razem do przedszkola, podobnie jak z Kendikiem — dostał na osiemnastkę od dziadka tysiąc dolarów. (W połowie lat dziewięćdziesiątych była to kwota pozwalająca kupić używanego malucha). Nie miał pomysłu, co z tymi pieniędzmi zrobić.
Każdy biznes polega na zaspokajaniu potrzeb klientów — a Moro powstało po to, żeby zaspokoić własne potrzeby. Chodziliśmy w szerokich spodniach, które trudno było dostać. Były tylko dwa znane polskie brandy: Etylina oraz R; bardziej deskorolkowe niż hiphopowe. To wszystko było drogie, więc zaproponowałem Mateuszowi: „Dawaj, zainwestuj kasę, zrobimy spodnie — i jak zarobimy, to kiedyś sobie ten tysiąc dolarów wyjmiesz”.
W tamtych czasach w co drugim polskim domu była maszyna do szycia. Widziałem, jak moja mama wycina jakieś wykroje i później je odrysowuje. Kupiłem od Tedego jego skejtowe baggy jeansy Independent, położyłem je na gazetę, odrysowałem poszczególne elementy, po czym pojechaliśmy z Mateuszem na Puławską, gdzie była hurtownia z tkaninami.
Kupiliśmy kawałek jeansu dwa na dwa metry, wyciąłem co trzeba i dałem mamie do zszycia; uszyła jedną parę. W międzyczasie wymyśliłem nazwę Moro i niespieralnym markerem napisałem ją na metce. Wyszedłem w tych spodniach na miasto i odbiór był: „Wow, ale zajebiste!”.
Wtedy Mateusz zainwestował pieniądze i pojechaliśmy z moim tatą samochodem — my nie mieliśmy wtedy jeszcze prawa jazdy — do hurtowni do Nadarzyna. Kupiliśmy tam belkę czarnego denimu, chyba trzydzieści metrów; umieściliśmy ją w aucie po skosie, a my z Mateuszem wracaliśmy zgięci.
Mama kolegi z bloku była krawcową dla sąsiadek, więc daliśmy jej te same wykroje, belkę materiału, zrobiliśmy metki z bandanki w kamuflaż — i uszyła nam trzy pary. Odebraliśmy je, sprzedaliśmy, mieliśmy kasę, żeby zapłacić jej za te, które już uszyła — i szyła kolejne.
Łącznie chyba czternaście par wyszło z tej belki; rozeszły się dość szybko. Problem był taki, że w tych spodniach odrywały się szlufki; nici nie wytrzymywały.
Następną partię, z jeszcze większej belki, pojechaliśmy więc zrobić już do szwalni z prawdziwego zdarzenia, przy Filtrach. Ta partia była granatowa — poprzednia czarna — i miała haft; projekt wykonał Tede, który narysował swoją interpretację logo Wielkiego Elektronika z „Podróży pana Kleksa”.
Wyszło około trzydziestu par. Sprzedanie ich zajęło nam znacznie więcej czasu niż poprzednio; myślę, że dwa–trzy miesiące.”
Zachęcamy do zapoznania się z całością rozmowy.
Książka „To nie jest Hip Hop. Rozmowy. Tom VI” dostępna jest na stronie autora:
https://jacekbalinski.pl/sklep/to-nie-jest-hip-hop-rozmowy-6/

Przez blisko 30 lat MORO naturalnie wpisało się w krajobraz polskiej ulicy, hip-hopu i starej szkoły. Nie przez marketing, tylko przez obecność – na koncertach, osiedlach, w codziennym użytkowaniu. To były rzeczy noszone, prane, niszczone i dalej działające.

Dziś, w świecie pełnym chaosu i chwilowych mód, robimy dokładnie to samo co zawsze: projektujemy odzież, na której można polegać. Klasyczny sznyt, solidne materiały, zero fanaberii. MORO to nie deklaracja stylu życia – to narzędzie.


